6 stycznia Leonido - Monemvasia - Gythio


Rano okazało się, że nad miasteczkiem górują niezwykle malownicze skały, w bardzo ciepłym, pomarańczowym kolorze - trochę mi to przypominało hiszpański rejon wspinaczkowy - El Chorro.








Opuściliśmy nieprzytulny hotelik i parę sympatycznych staruszków i ruszyliśmy w kierunku Monemvasii. Przejazd przez miasteczko był dość...zabawny: główna ulica, tak jak już wspominałam, miała szerokość jednego samochodu z kawałkiem, nie posiadała zupełnie chodników, a droga nagle i niespodziewanie skręcała - chwilami człowiek miał wrażenie, że wyląduje komuś na podwórku :).
Oddaliliśmy się od morza (swoją drogą wyczytałam, że w żadnym miejscu w Grecji człowiek nie jest dalej od morza niż na 100 km) i zaczęliśmy podróż przez góry Parnon. Trasa była bardzo, bardzo malownicza i bardzo przestrzenna. A prościej: lufa obok nas robiła coraz większe wrażenie, tym większe, że obcowaliśmy z nią tylko my: nie mijał nas żaden samochód.
W pewnym momencie minęliśmy klasztor przytulony wysoko hen do skały - jestem pełna podziwu dla budowniczych:







Im wyżej się wdrapywaliśmy - tym pogoda robiła się brzydsza - generalnie wjeżdżaliśmy w chmury. Oczywiście w tym właśnie momencie - gdy na zewnątrz było zimno i mokro - Jasiek postanowił znów rzygnąć - szybko się zatrzymaliśmy i zdążyłam następną część urobku złapać w czyste i prawie już suche ubranie Jasia, które zarzygał poprzednio... Na szczęście do końca wyjazdu Jasiek już spokojnie znosił podróż.



niespodziewany pit -stop

Monemvasia jest niesamowita i warta zwiedzenia: to średniowieczne, odrestaurowane miasteczko przytulone do skały. Od strony lądu w ogóle nic nie widać, trzeba wielką skałę obejść prawie dookoła, przejść przez jedyną, wąziutką bramę z zakrętem w środku - i dopiero Monemvasia uchyla rąbka swojej tajemnicy.


Monemvasia widziana od strony lądu: kto by uwierzył, że z drugiej strony kryje się miasteczko, w którym kiedyś mieszkało kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców?


tu widać jedyne wejście do miasta


Po przejściu przez bramę lądujemy w zupełnie innym świecie: wąskie, brukowane uliczki, zaułki, schodki, łuki, tuneliki. Domy - jakby czas się zatrzymał w XV wieku. No, prawie - bo wprawne oko dostrzegło dyskretnie umieszczone i zręcznie zamaskowane zdobycze techniki: anteny satelitarne, klimatyzatory. Całe miasteczko ma niesamowity klimat, jest bardzo, bardzo malownicze i można po nim chodzić - i błądzić, o co jest bardzo łatwo - bez końca.














Głodny, a za tym idzie marudzący Jasiek wykurzył nas trochę szybciej niż chcieliśmy - po zjedzeniu obiadu poza murami Monemvasii, ruszyliśmy w kierunku Gythio.
Krajobrazy tego dnia mieliśmy bardzo urozmaicone: wspaniałe góry i przestrzenie, morze, nieodłączne gaje oliwne i sady pomarańczowe - to był bardzo udany dzień.
Do Gythio udało nam się dojechać o sensownej porze, szybko znaleźć w miarę tani i sympatyczny pokoik (niestety, nie dało się tego powiedzieć o łazience - ale już się zdążyliśmy przyzwyczaić, że łazienki z reguły tu kuleją).
Taki oto widok rozpościerał się z naszego balkonu:





W całym Gythio unosił się niezwykle smakowity zapach smażonych ryb - jak na portową miejscowość przystało. Po krótkim spacerze, uznaliśmy, że pachnie zbyt ładnie, żeby te zapach tak po prostu zignorować i choć obiad tego dnia już zamawialiśmy - zrobimy wyjątek i zamówimy po raz drugi - tym razem coś morskiego.

komu ośmiorniczkę?






7 stycznia Gythio - Mistra - Zacharo

Dzień zaczął się sympatycznie - ale potem było już gorzej.
Ruszyliśmy dziś w kierunku Sparty - a konkretnie oddalonej o d niej o parę kilometrów bizantyjskiej Mistry. Mistra swego czasu była miastem o dużym znaczeniu, koronowano tu kilku cesarzy bizantyjskim - teraz można podziwiać ruiny zamku, malownicze ruiny oraz piękne freski na ścianach monastyrów.
Jechaliśmy przez góry Tajget - ośnieżone szczyty, pomimo, że miały około 2500 m n. p.m - ze względu na to, że wyrastały niedaleko morza - sprawiały wrażenie o wiele wyższych. Wyglądały imponująco.

Imponujący Tajget


Padła nam lustrzanka - wiedzieliśmy, że ten dzień kiedyś nastąpi, bo zapomniałam zabrać ładowarki. Dziś bateria oświadczyła, że jest zdecydowanie "empty". Szkoda - ale mieliśmy jeszcze drugi aparat. Nie za długo: podczas zwiedzania Mistry, aparat wyślizgnął mi się z ręku i upadł na kamienie. Przestał działać. Jedynym urządzeniem zdolnym do robienia zdjęć, które nam zostało - to komórka Tibora. Lepszy rydz niż nic - ale humory nam siadły definitywnie.


Widać remontowany pałac cesarzy bizantyjskich

Wiktorek szuka łóżka króla

tuż za murami rozpościerała się imponująca przepaść

Przepiękne, średniowieczne freski

ostatnie zdjęcie z Mistry, robione już telefonem komórkowym - canonik przed chwilą przestał działać :(

Noclegu szukaliśmy jadąc zachodnim wybrzeżem Peloponezu - i jakoś mało turystycznie to wszystko wyglądało. Pod wieczór okazało się, że mamy problem ze znalezieniem noclegu - taki naprawdę problem: albo wszystko pozamykane na cztery spusty, abo nic nie ma. W jednym hotelu w Zacharo Tibor został bardzo brzydko potraktowany przez obsługę: wszyscy byli słodcy jak miód do momentu, gdy usłyszeli ile mój mąż jest w stanie zapłacić za nocleg: menadżerka jedną ręką pożegnała się, drugą w tym samym czasie bezceremonialnie wypchnęła Tibora za drzwi...
Ostatecznie zanocowaliśmy w hotelu pod miastem - po negocjacjach pokój nas kosztował 50 euro - najdrożej na całym wyjeździe




Zacharo - Olimpia - Bassaj - Andritsaina - Megalopoli

Dziś połowa wyjazdu - powoli zmierzaliśmy w kierunku Aten - ale jeszcze chcieliśmy zobaczyć kolebkę igrzysk olimpijskich: Olimpię.
Zanim weszliśmy na teren wykopalisk, pokręciliśmy się trochę po samym miasteczku (mały OT: oznakowanie drogi do Olimpii fatalne. Znaczy wszystko jest ok, dopóki się nie minie znaku z miejscowością - i tu ktoś doszedł do wniosku, że już znaki są niepotrzebne. Efekt: oczywiście skręciliśmy nie w tą drogę co trzeba). Zrobiliśmy małe zakupy spożywcze - między innymi chleb. Czemu wspominam o chlebie? Bo trafiliśmy do PRAWDZIWEJ piekarni: takiej, gdzie widać było na zapleczu jak z wielkiego pieca wyjmuje się bochenki drewnianą łopatą, a chleb sprzedaje facet z rękoma białymi od mąki. chleb oczywiście świeżutki, jeszcze ciepły.
Teren wykopalisk - tradycyjnie kolumny, ruiny - ale największe wrażenie robi stadion. Oryginalny, olimpijski stadion, na którym tysiące lat temu sportowcy walczyli ze sobą i własnymi słabościami. Urządziliśmy sobie po nim rodzinne biegi :).



te kolumny zniszczyło trzęsienie ziemi

wejście na stadion

na miejsca... (Jasiek dostał fory :)

tu był mały dramat, bo Wiktorek bardzo chciał wygrać i nie mógł przeboleć, że tatuś był pierwszy ;)

Z Olimpii pojechaliśmy do Bassaj - wyczytałam w przewodniku, że w górach znajduje się świątynia Apolla - jedna z lepiej zachowanych w całej Grecji. Jazda na miejsce była okraszona niesamowitymi widokami. W pewnym momencie zwróciła uwagę, że mijane pod drodze drzewa są jakieś dziwne - suche i takie ciemne. Kilka chwil później zrozumiałam, że oglądamy skutki pożarów, które trawiły Peloponez parę lat temu. Trawa, małe krzaczki - zdążyły już urosnąć i przykryły wszystko zielenią - ale nad nimi, przez wiele, wiele kilometrów, jak okiem sięgnąć aż po horyzont widać było spalone kikuty drzew.

niestety komórka bardziej nadaje się do rozmawiania ;) i kikuty drzew ciągnące się po horyzont wyszły kiepsko



Sama świątynia - rzeczywiście dobrze zachowana - ale nie można jej oglądać w pełnej krasie, gdyż jest osłonięta wielkim namiotem. Nie ma na razie pieniędzy na jej renowację i zabezpieczenie - więc na razie chroni ją ogromny namiot.




Zjechaliśmy do miasteczka Andritsainy: malownicze, o tej porze roku prawie kompletnie puste. W sklepie spożywczym zrobiliśmy małe zakupy - oczywiście z miejsca wzbudziliśmy zaciekawienie właściciela: na hasło Poland z miejsca skojarzył: aaaa, Walesa! Na zakończenie zakupów chłopaki dostali do niego cukierki, a my do spróbowania jakiś grecki specjał: to było coś w rodzaju galaretki, suto obsypanej cukrem - pudrem o aromacie różanym. Nie było to złe - ale w życiu jadłam lepsze słodycze ;)





Po krótkim spacerze ruszyliśmy w kierunku Megalopolis - tam postanowiliśmy szukać noclegu. Następnego dnia mieliśmy się spotkać ze znajomą koleżanki, u której pierwotnie mieliśmy nocować.
Okolica przez którą jechaliśmy nie była tak malownicza jak przyzwyczailiśmy się przez ostatnie dni. Zniknęły gdzieś liczne sady pomarańczowe i gaje oliwne. Mijaliśmy dużo gołych drzew, przypominających nam, że to jednaj jest zima. Tereny, które mijaliśmy wyglądały brzydko i nijako. Samo miasto - Megalopolis też takie było: brudne, zaniedbane, mijane sklepy przywoływały skojarzenia z PRL. Jedyne co się wybijało na plus - to cukiernie. I to nie tylko w Megalopolis - zjawisko zauważyliśmy w innych miejscach: w nawet najbardziej zapadłej dziurze, jeśli była czynna cukiernia - była najładniejszym, najbardziej kolorowym i zadbanym sklepem w okolicy.
Znaleziony hotel był w miarę tani - ale czas w nim zatrzymał się w latach 60, wtedy kiedy go otworzono. Toalety i prysznice były na korytarzu - rzut oka na nie i... postanowiliśmy, że tego dnia nie będziemy się kąpać.

10 stycznia - znów w Atenach

Od wczoraj jesteśmy z powrotem w Atenach - korzystamy z gościny Nandy i jej męża Theo.
Wczoraj, ostatnim rzutem na taśmę przed powrotem do Aten zwiedziliśmy jeszcze Mykeny i Nemeę.
Mykeny - cóż...Prawda jest taka, że ogląda się kupę kamieni. Duże wrażenie robi brama, z wyrzeźbionymi nad jej wejściem lwami - ale reszta wymaga sporo wyobraźni. Nie neguję, że jest to na pewno miejsce o dużym znaczeniu - ale większe wrażenie zrobiła na mnie taka Olimpia. Tibor twierdzi, że to dlatego, że Mykeny zostawiliśmy sobie na koniec, gdy zabytków, tych starożytnych i tych nowszych naoglądaliśmy się na pęczki. Pewnie ma trochę racji.





W Nemei, z racji bliskiej godziny zamknięcia wykopalisk (w zimie wszystko pootwierane jest tylko do 15) - musieliśmy wybierać: wchodzimy na stadion czy obejrzeć ruiny świątyni Zeusa i łaźnię plus muzeum. Wybraliśmy to drugie. Na miejscu widać, że prace wykopaliskowe dalej trwają - śmiesznie wyglądały drzewa: cały teren w wyniku poszukiwań i wykopalisk obniżył się - ale dookoła drzew zostawiono okręgi nienaruszonej ziemi. Widać przez to było, że zdjęto spokojnie z metr ziemi.

Nemea

Auto mamy tylko do jutra - tak więc korzystamy póki się da: dziś objeżdżaliśmy Attykę: byliśmy w Maratonie, zjedliśmy pyszny obiad w portowej miejscowości Rafina. Obiad tym był pyszniejszy, że, jak port przystało, tawerny specjalizowały się w różnych daniach z ryb i owoców morza. Zamówione przyszłe danie było kupowane na bieżąco na stoiskach usytuowanych tuż obok knajpek, pokazywane klientowi i po akceptacji trafiało do kuchni celem dalszej obróbki. My skusiliśmy się na smażone kalmary i sardynki. Obawiałam się jak na te potrawy zareagują chłopcy - ale obaj jedli aż im się uszy trzęsły :)


Rafina - zrobiliśmy sobie przerwę na zbieranie kamyczków

komu rybkę!, komu ośmiorniczkę!

Dzień zakończyliśmy na przylądku Saunion przy ruinach świątyni Posejdona podziwiając zachód słońca.
W przewodniku wyczytałam, żę na jednej z kolumn swój podpis wyrył Byron - tak, ten poeta.
Tibor stwierdził, że to niesprawiedliwe: gdyby to on to zrobił, byłoby larum, że wandal. A jak to zrobił Byron - od razu piszą o tym w przewodniku.

Maraton i kopiec usypany ku czci 197 Greków poległych w bitwie

zmierzamy w kierunku Przylądka Saunion


Saunion, ruiny świątyni Posejdona



11 stycznia Delfy

Ostatni dzień autkowania - na zakończenie postanowiliśmy zrobić dłuższą wycieczkę i obejrzeć Delfy. Niestety - nie wiem czy ze względu na zimę czy na jakieś prace archeologiczne, nie wszystkie obiekty były dostępne. Ale to co obejrzeliśmy bardzo nam się podobało. Duży wpływ na malowniczość pozostałości po wyroczni miało usytuowanie terenu: na zboczu góry, z pięknymi widokami dookoła. To musiało robić duże wrażenie w czasach, gdy Delfy były odwiedzane przez chcących poznać przyszłość Greków.



Delfy - skarbiec Ateńczyków

ruiny świątyni Apolla - to tu przepowiadała Pytia


ruiny świątyni Ateny - znajdują się poniżej, po drugiej strony drogi

górskie miasteczko u stóp Parnasu

Ponieważ jadąc do Delf, mijaliśmy ośnieżone szczyty Parnasu (swoją drogą same góry niesamowicie się wypiętrzają: wyjeżdża się na równinę - płaską jak stół i nagle z niej wyrastają szczyty na ponad 2 tysiące metrów), a z mapy i przewodnika wyszło nam, że sporo w górę da się podjechać - postanowiliśmy tak zrobić. Udało nam się wjechać na ponad 1700 m n. p. m. - choć ostatnie metry pokonywaliśmy naszym autkiem powoli i ostrożnie. Grecy raczej nie znają czegoś takiego jak opony zimowe - a tu był śnieg. Ba - powiem więcej: dojechaliśmy do ośrodka narciarskiego :) Wyciągi nie działały - bo śniegu było za mało - ale i tak wyglądało to kosmicznie.

Parnas. Na tle zielonej okolicy, ośnieżony szczyt aż kłuł w oczy

inne oblicze Grecji



tak to wygląda: płasko i nagle - bach! góry.